| Tour 2010 - Oberhausen - korespondencja własna |
|
|
|
Do Oberhausen dotarłam bez większych przygód. Ekipy przed koncertem nie udało mi się dorwać. Kiedy przyszłam po czwartej, oni już tam byli; szkoda, że zmienili zwyczaje. Koncert rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem. Po wielu oklaskach i okrzykach Jasiek zszedł na scenę podobnie jak w Katowicach. Nie zauważyłam przy nim ochroniarzy, chyba w ogóle ich nie było. Niestety, znowu siedziałam nie tam, gdzie trzeba, ale później miałam to po stokroć wynagrodzone. Sala była właściwie wypełniona, zostały tylko pojedyncze wolne miejsca. Lista utworów oczywiście ta sama. Może tylko to, że w porównaniu z Katowicami wszystko poszło dużo płynniej, nie zauważyłam większych wpadek. Nagłośnienie było lepsze niż w Katowicach, w każdym bądź razie wszystkie dźwięki były słyszalne i nie czuło się drżenia podłogi. Tym razem dokładnie wsłuchałam się w nowy kawałek i muszę przyznać, że zaczął mi się podobać. Może się mylę, ale nie pamiętam z Katowic żółtych laserów, które odbijały się od małych lusterek umieszczonych przy instrumentach i w różnych miejscach na podłodze (niestety, nie pamiętam podczas jakiego utworu się pojawiły). Do RV4 publika była strasznie drętwa, Jasiek dwoił się troił, żeby ją rozruszać, ale efekty były znikome. Wcześniej, razem z moim sąsiadem, wstawaliśmy kilka razy, ale gdy obejrzałam się w pewnym momencie do tyłu zobaczyłam, że tylko my stoimy. Przynajmniej byliśmy widoczni, a Jasiek skierował w naszą stronę kilka słodkich uśmiechów. Ale w końcu też usiedliśmy. Od RV4 atmosfera zaczęła być naprawdę imponująca, praktycznie cała sala stała do końca koncertu. Najfajniej wyglądało to na Calypso 3. Utwór jak wiadomo w miarę wolny, więc publiczność nie klaskała, tylko stała nieruchomo wpatrzona w scenę. Wyglądało to jak na mszy…
Na zakończenie kilka osób podeszło do sceny (ja oczywiście też) z nadzieją, że uda nam się podać rękę Jaśkowi, ale ochrona nie pozwoliła. Po koncercie poszłam do hotelu cieplej się ubrać i wróciłam do oczekującej na ekipę grupki osób. Było może 20-30 osób. Najpierw przyszedł Dominique, potem Francis, a na końcu Jasiek. Claude się nie pojawił. Wszyscy trzej podpisali mi się na bilecie, żałowałam później, że nie zabrałam plakatu, który kupiłam, ale bałam się, że w ścisku się pogniecie. A było wręcz przeciwnie: nikt się nie pchał, wszyscy po kolei podchodzili. Dało mi to możliwość zrobienia całkiem udanego nagrania video z tego spotkania. Dawno chyba nie widzieliście buźki Jaśka z takiej odległości… Czasami aż za blisko, ale kamera zaczęła mi wariować (to już norma) i nie mogłam zrobić oddalenia. Następny koncert za mną i jeszcze sporo przede mną. Mam nadzieję, że wspomnienia będą równie niesamowite.
Autor: Vega4
Dziękujemy!
|
| < Poprzedni | Następny > |
|---|



