| Polska el-muzyka |
|
|
|
W dziale tym chcielibyśmy się skupić na polskiej scenie muzycznej i rodzimych talentach elektronicznych. Marek Biliński – Koncert i spotkanie w Ustce, 4-5 lipca 2008 – RELACJA
Dopiero teraz udało mi się odpowiednio ubrać w słowa to, co ja i Anne przeżyliśmy w ciągu dwóch niezwykłych dni w Ustce.
4 lipca 2008 – dzień pierwszy Niewiele brakowało, a całe to wydarzenie przeszłoby mi koło nosa niezauważone – na szczęście Ania wykazała się świetną przytomnością umysłu i odpowiednio wcześnie dała mi znać, co będzie miało miejsce w Ustce tego dnia. A było to zaledwie trzy dni po zakończeniu mini zlotu u mnie w Darłowie, w którym wzięły udział NeeV, angela, soliter i właśnie Anne.
Po wielu perypetiach, o których długo tu pisać dotarłem do Ustki (myślałem, że się spóźnię, koncert miał się zacząć o 19, potem 19:50 aż w końcu pan Marek wystartował o 21:30…ale o tym później) z naręczem specjalnie przygotowanych kart, na których mieliśmy nadzieję zdobyć jakoś autograf artysty (zdjęcie takiej karty w fotkach zamieszczonych poniżej).
Zbliżała się pora koncertu. Zdążyliśmy jeszcze zapytać również o jego instrumentarium- powiedział, że na scenie ma min. Moog’a Voyagera, którego teraz używa zamiast Minimooga, moduł Roland-JV1080, oraz klawiaturę Yamaha VL1.
W końcu na scenie pojawił się Marek Biliński.
Miło nam było, gdyż praktycznie po każdym utworze, a czasem nawet podczas ich trwania pan Marek często kierował wzrok w miejsce gdzie staliśmy, jakby chciał sprawdzić czy jeszcze tam jesteśmy.;)
W tym momencie nawet piękny pokaz sztucznych ogni, który nastąpił niedługo potem był dla nas niczym, żyliśmy tym co nas spotkało.
5 lipca 2008 – dzień drugi
Tego dnia miałem powrócić do Ustki, żeby zobaczyć dwa ostatnie festiwalowe pokazy fajerwerków, a przy okazji spotkać się z Anne i jej tatą – ustaliliśmy to poprzedniego dnia.
Pozostało tylko go znaleźć.
W końcu mieliśmy już wszystko podpisane i wtedy poprosiliśmy o parę słów dla Serwisu JeanMichelJarre.pl. Artysta ochoczo przytaknął i już po chwili przedzieraliśmy się w kierunku bardziej odpowiedniego miejsca – akurat grała grupa rockowa i był ogromny hałas.
Szkoda, że po 3,5 min skończyło nam się miejsce na karcie pamięci, bo wszystko to mogło trwać o wiele wiele dłużej. Jednak uzyskaliśmy to, co było naszym celem, udało się :) Spodziewaliśmy się, że po udzieleniu tego mini wywiadu muzyk się z nami pożegna, ale nic takiego. Przez ponad pół godziny staliśmy tam i gawędziliśmy o wszystkim: o muzyce, instrumentach itp. Po raz kolejny okazało się, że Marek Biliński to niezwykle otwarty i pogodny człowiek. Trudno było poznać w tym skromnym, niepozornym człowieku legendę polskiej muzyki elektronicznej – zero gwiazdorstwa, kaprysów itp. – po prostu normalny człowiek z którym można pogadać jak równy z równym (chociaż my czuliśmy się trochę „nierówni” mając przed sobą tak świetnego artystę i czasami nas zatykało :) ). Na koniec wymieniliśmy się wizytówkami, obiecaliśmy sobie pozostawać w kontakcie i odprowadziliśmy Marka do barierek. Wymieniliśmy się jeszcze kilkoma uwagami i nadszedł czas „ostatecznego” pożegnania – padło wiele ciepłych słów, uścisnęliśmy sobie ręce i artysta odszedł w kierunku bliżej nam nieznanym ;)
Krótko po tym nastąpił finalny pokaz sztucznych ogni, które okazały się jeszcze lepsze niż dnia poprzedniego, ale nas po takim spotkaniu mało szczerze mówiąc wzruszały:)
Dziś mija tydzień od koncertu, a my ciągle mamy go w pamięci…Mamy nadzieję, że zarówno dzięki zdjęciom, jak i niniejszej relacji oraz filmikom też będziecie mogli przeżyć chociaż kawałek tego, co nam się przytrafiło 4 i 5 lipca 2008 roku. AquariusPL & Anne red. – NeeV Oficjalna strona Marka Bilińskiego www.bilinski.pl
Sławomir Łosowski filar legendarnego już zespołu KOMBI.
Zapraszamy do przeczytania ekskluzywnego wywiadu, jakiego Sławomir Łosowski udzielił naszemu Serwisowi. Rozmówcą pana Sławomira był Christian Rössle – Chrisbern. SŁAWOMIR ŁOSOWSKI (ur. 31 sierpnia 1951 w Gdańsku), lider, główny kompozytor i założyciel zespołu Akcenty, przekształconego następnie w Kombi (1976-1992). Gra na instrumentach klawiszowych. Z wykształcenia elektronik. Początkowo grał na instrumentach własnej konstrukcji. Po rozwiązaniu zespołu Kombi, nagrał solową płytę z synem Tomaszem grającym na instrumentach perkusyjnych pt. "Nowe Narodziny". W 2004 roku po 12 latach przerwy powrócił do gry na klawiszach wraz ze swoim synem Tomaszem Łosowskim (który grał w Kombi od 1991 roku aż do rozwiązania w 1992) oraz wokalistą Zbyszkiem Filem. – info wikipedia
Christian Rössle - Czy nowy utwór "Niebo, które czeka" jest zapowiedzią, że ewentualny przyszły, nowy album cały będzie utrzymany w tym klimacie? Kiedy nastąpi premiera tego albumu? Sławomir Łosowski - Chciałbym, aby moja pierwsza, wydana po długiej przerwie płyta zawierała minimum 50% utworów instrumentalnych. To oznacza, że będą na niej utwory o różnych nastrojach i strukturach. Oczywiście wszystko będzie miało mój osobisty charakter i moje charakterystyczne brzmienia, te dawne i te najnowsze. Co do piosenek to dwie lub trzy można określić, że są w podobnej kolorystyce. Kiedy wydam płytę i jaki powinien być jej ostateczny kształt co do wyboru utworów, tego jeszcze nie wiem. To wbrew pozorom nie zależy ode mnie. Na razie wypuściłem pierwszego singla i patrzę, co się dzieje. W październiku chyba wydam drugiego singla z kolejną piosenką. Jeżeli moje piosenki będą grane przez radia, to płyta może ukazać się jeszcze w tym roku. C.R. - Niedawno zagrałeś koncert w Łebie, jakie masz plany koncertowe na ten rok. Usłyszymy Cię w Trójmieście na żywo? S.Ł. - W tym roku wątpię czy jeszcze gdzieś zagram w plenerze, tym bardziej w Trójmieście. W przyszłym roku z pewnością tak. C.R. - Jakie jest Twoje muzyczne marzenie? S.Ł. - Mieć dużo czasu dla muzyki. C.R. - Czy myślałeś kiedykolwiek, aby zająć się wyłącznie instrumentalną muzyką elektroniczną, bez piosenek, w klimacie pop? Dla mnie jesteś najbardziej znany z nieśmiertelnych utworów instrumentalnych jak „Wspomnienia z Pleneru”, „Taniec w Słońcu”, „Komputerowe Serce" i wiele innych- czy myślałeś o kontynuacji tej drogi? S.Ł. - Chcę robić jedno i drugie, tak jak dotychczas. Nie ma żadnego problemu abym grał na jakimś festiwalu elektronicznym wyłącznie muzykę instrumentalną. Jednak jak gram swój własny koncert, to ludzie domagają się także moich piosenek. Dlatego koncert składa się w pierwszej części z utworów instrumentalnych a w drugiej z wokalnych. Natomiast jeśli chodzi o fonografię, to ponowne nagranie płyty całkowicie instrumentalnej na razie nie wydaje się sensowne. Przecież już dawno temu nagrałem wraz z synem całkowicie instrumentalną płytę "Nowe narodziny". Zdaniem wielu fanów bardzo dobrą a nic specjalnego z tego nie wynikło, bo była zerowa promocja. W Polsce muzyka instrumentalna nie jest grana przez radia. A mnie jednak interesuje dotarcie do słuchacza. Dlatego piosenki promują w pewnym sensie moje instrumentale. Większość z nich powstało pierwotnie jako utwory instrumentalne i dopiero potem dochodziłem do wniosku, że może warto ten czy inny utwór dać do napisania tekstu. Są one bardzo nasycone brzmieniami klawiszowymi. C.R. - Czy utwory, które obecnie grasz na koncertach w nowych aranżacjach ukażą się na CD? S.Ł. - Zastanawiam się czy kilka z tych instrumentali, które aktualnie gram na koncertach, nie zamieścić na mojej płycie. Np. "Drogę czasu" czy "Casablankę - ramadan". Na 100% umieszczę "Zaczarowane miasto", które już mam nagrane, a clip tego utworu jest dostępny na mojej stronie. C.R. - Czy planujesz trasę koncertową?
S.Ł. - Sam nigdy nie planuję żadnych koncertów. Gram tylko tam gdzie mnie zaproszą, lub jak ktoś zorganizuje mi koncert. C.R. Czy dźwiękom i brzmieniom nadajesz czasem konkretne barwy i ich odcienie? (w kontekście plastyczno graficznym) S.Ł. - Zawsze bardzo ważne jest dla mnie brzmienie mojej muzyki i dobór odpowiednich barw. Ale nie łączy się to w jakiś świadomy sposób z moim rysowaniem. Zapewne wspólne jest dla nich źródło wyobraźni, które jest w moim sercu. C.R. - Czy myślałeś kiedykolwiek o współpracy z Markiem Bilińskim (czy byłbyś ewentualnie chętny do takiej współpracy)? Znając dorobek obu kompozytorów razem moglibyście stworzyć coś cudownego:) S.Ł. – Znamy się z Markiem od lat. Obecnie grywa z nami nawet ten sam perkusista. Pewnie, że pięknie byłoby coś wspólnie zrobić lub choćby zagrać kilka koncertów. Ale to już wymaga ogromnych środków finansowych i sił organizacyjnych. Nikt dotąd nie zaproponował nam w tej kwestii niczego. C.R. - Czy stworzysz więcej grafik? S.Ł. - Cały czas coś rysuję. Będą wystawy. C.R. - Jesteś raczej zwolennikiem techniki analogowej, czy cyfrowej? S.Ł. - Nie podchodzę do tego ideologicznie. Używam tego, co dobrze brzmi z mojego punktu widzenia. Oczywiście preferuję analogi, ale poza starymi oraz zupełnie współczesnymi posługuję się przecież od zawsze samplerami, na których robię własne brzmienia, a to jest technika cyfrowa. C.R. – Twój pierwszy instrument? S.Ł. - Zależy co nazwiemy instrumentem. Bo trudno nim nazwać moje NRD-owskie organy, a one były na początku. Prawdziwym pierwszym instrumentem były moje sowieckie organy JUNOST, wraz z moimi dodatkowymi ustrojstwami. C.R. – Na czym polegały Twoje sławne modyfikacje Mini Korga 700S? S.Ł. - Wszystkie moje syntezatory z moimi dwoma "Prophet 5" na czele, są obecnie mocno przerobione. Nie sposób w tym miejscu opisywać tak obszerny temat. Akurat "Mini Korg 700s", o którego pytasz, ma tylko dorobiony pitch band, cv i gate, oraz kilka drobnych usprawnień. W sposób bardziej zaawansowany udało mi się zmodyfikować "Propheta 5" i zrobić z niego mój współczesny solowy instrument o niepowtarzalnym brzmieniu. Dzięki temu moją wizytówką, jest teraz moje nowe solowe brzmienie. Oczywiście nie miałem jeszcze tego brzmienia w okresie Kombi. Gram tymi barwami solówki i wiele tematów w instrumentalach, takich jak "Walka światów", "Komputerowe serce", "Droga czasu", "Taniec w słońcu" itd. C.R. – Jak oceniasz poczynania muzyczne KOMBII? Lepsze czy gorsze od starego zespołu z Tobą w składzie? S.Ł. - Nie interesuję się tymi poczynaniami. Każdy słuchacz musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie opierając się na własnych uszach. C.R. – Dlaczego mamy KOMBII, a nie KOMBI, czyli czemu nie ma Ciebie w tym zespole? S.Ł. - To nie do mnie pytanie, bo ja z powstaniem tego tworu nie miałem nic wspólnego. A nie ma mnie w tym zespole właśnie dlatego, że to jest zespół KOMBII, a nie KOMBI. Różnica pomiędzy nimi, to nie jest tylko kwestia nazwy. Ja grałem wyłącznie właściwą dla KOMBI muzykę i pod właściwą nazwą. Teraz gram tą muzykę pod własnym nazwiskiem. Muzyka jest w tym przypadku najważniejsza, a nie nazwa. C.R. – Twoja pierwsza fascynacja muzyczna? S.Ł. - Zespół The Animals. C.R. – Który z obecnie żyjących muzyków, kompozytorów inspiruje Cię najbardziej? S.Ł. - Obecnie żaden, kiedyś Joe Zawinul. C.R. – Czy istnieje wzajemne oddziaływanie uprawianych przez Ciebie sztuk: muzycznej i plastycznej (grafiki)? Co inspiruje Cię w tworzeniu owych grafik? Czy w trakcie procesu tworzenia wpadasz na muzyczne pomysły (przerywanie szkicowania, np. aby zanotować jakąś frazę) i odwrotnie, czy w czasie komponowania przychodzą Ci do głowy pomysły przenoszone potem na papier? S.Ł. - Już wcześniej trochę odpowiedziałem na to pytanie. Nie ma u mnie aż tak przenikającego się wpływu tych dwóch dyscyplin tak jak w tym pytaniu. Raczej jak gram to gram, a jak rysuję to rysuję. C.R. – Jaki jest Twój stosunek do Jeana Michela Jarre’a? Słyszałeś jego ostatnią płytę „Teo and Tea”? S.Ł. - Stosunek mam bardzo pozytywny, choć nie słuchałem w swoim życiu zbyt intensywnie jego muzyki, podobnie jak i innych wielkich przedstawicieli tego gatunku. W mojej młodości bliżsi mi byli amerykańscy klawiszowcy z pogranicza rocka i jazzu. Tak, przesłuchałem jego ostatnią płytę. C.R. – Co sądzisz o obecnym stanie przemysłu muzycznego w Polsce? S.Ł. - Nawet nie wiedziałem, że w Polsce jest taki przemysł... A tak na poważnie, to ja niewiele wiem co się dzieje w tej branży. Na razie patrzę na to z pozycji obserwatora. Nie mam jeszcze dostatecznej wiedzy, aby się wypowiadać. Panu Sławomirowi dziękujemy za poświęcony nam czas i życzymy wielu sukcesów na scenie i poza nią.
Po więcej informacji na temat Sławomira Łosowskiego zapraszamy na oficjalną stronę artysty Dla Serwisu JeanMichelJarre.pl - Christian Rössle Kolejnym el-muzykiem, który udzielił wywiadu naszemu Serwisowi jest Władysław Gudonis Komendarek Instrumentalista i kompozytor muzyki elektronicznej. W latach 1973-1983 członek legendarnej grupy EXODUS. Jest stale aktywny muzycznie, tworzy m. in. ilustracje muzyczne do filmów i przedstawień teatralnych. Koncertuje w kraju i za granicą, zaskakując swych słuchaczy wciąż nowymi, świeżymi pomysłami.
Niezależny buntownik... JMJ.pl - Dziś jest Pan obok Marka Bilińskiego uważany za jednego z pionierów polskiej muzyki elektronicznej. Czy nie uważa Pan, że kiedyś muzyka elektroniczna była bardziej promowana niż dzisiaj (chodzi głównie o obecność el-muzyki w mediach)? W.K.- Tak, muzyka elektroniczna była kiedyś bardziej w mediach promowana, mam tu na myśli media publiczne, a dokładnie "Trójkę". 17-ego marca 2002 roku muzyka El z tej radiostacji zniknęła. Została co prawda później przywrócona, ale dostała taki czas antenowy, jakby jej w ogóle nie było (od drugiej do czwartej w nocy i to raz na miesiąc, w drugim tygodniu każdego miesiąca, z poniedziałku na wtorek). Audycja J. Kordowicza i prowadzący mieli w sobie to „coś”. Ludzie, którzy chcieli grać, mieli jakiś doping do pracy. Słuchali konkurencji, wyciągali wnioski i dzięki temu muzyka się rozwijała. Muzyczną listę Top-tlen ustalali sami słuchacze i nikt więcej. W sprawie audycji Kordowicza złożyłem wraz z kilkoma kolegami (wśród nich był m.in. Czesław Niemen) protest z podpisami do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, ale niestety nic to nie pomogło i dalej jest tak jak jest. JMJ.pl - Przed laty był pan członkiem legendarnej już grupy Exodus, która grała rocka progresywnego. Co skłoniło Pana do odejścia od rocka w kierunku muzyki elektronicznej, tak odmiennej od tego, co robił Pan w Exodusie? W.K.- Do odejścia od rocka progresywnego do elektroniki skłoniła mnie dostępna bateria instrumentów i ich możliwości. W zespole te możliwości nie były w pełni wykorzystywane, bo grało 5 osób i każdy tylko na swoim instrumencie. JMJ.pl - Każdy kto słuchał audycji Jerzego Kordowicza w radiowej "Trójce" z pewnością zna utwór "35 śmietnik atomowy". Dziś nie sposób wyobrazić sobie Pana koncertu bez tego utworu. Czy komponując go, spodziewał się Pan, że odniesie on taki sukces? W.K.- Że odniesie taki sukces na liście top-tlen nigdy. Nie przypuszczałem, że utwór zrobiony od serca może wejść do czołówki listy. Kiedy usłyszałem podsumowanie tej listy, był to dla mnie szok, pozytywny szok. Stworzyłem ten utwór w jedną noc, głównie na instrumencie Ensoniq-vfx-sd i bardzo dziękuję słuchaczom, że docenili tę robotę od serca. Utwór ten miał pierwotnie 20 minut. Niestety pierwowzórzostał przez pomyłkę skasowany - żałuję, że nie mam oryginału, a tylko zgrane różnej długości wersje. Ostatnio grałem go w warszawskim klubie „No Mercy” w towarzystwie delikatnej, tajemniczej perkusji, dzięki czemu nabrał zupełnie innego wymiaru. JMJ.pl - Od płyty "Zeta Reticuli 4" obserwujemy zwrot w kierunku techno, ale już na płycie "Syndrom Cywilizacji" widać powrót do elektronicznych korzeni. Czy był to jednorazowy eksperyment, czy jeszcze kiedyś wkroczy Pan na ścieżkę techno, lub będzie poszukiwał dźwięków w innych stylach muzycznych? W.K.- A ja powiem, że jestem buntownikiem dźwiękowym i nie zamierzam wracać do klasyki, co nie oznacza, że czasami tego jeszcze nie zrobię. Mam mnóstwo utworów skomponowanych w latach 80'-90' i stopniowo będą one wydawane. Lubię bardzo twarde brzmienia, kocham gitary, to zostało we mnie z korzeni progresywnego rocka. JMJ.pl - Jak ocenia Pan kondycję polskiego rynku muzycznego i obecność na nim rodzimej elektroniki? W.K.- Kondycja polskiego rynku muzycznego będzie się poprawiać wtedy, kiedy wartościowe nagrania będą się pojawiać w mediach - przede wszystkim publicznych, a audycje o elektronice nie będą emitowane w nocy, tylko w biały dzień, jak to było kiedyś. Jeśli sytuacja się nie poprawi, ludzie będą tracić moc tworzenia i będą się zniechęcać . Dlaczego o tym mówię? Ja jestem twardy i tak czy owak będę robił to co robię i nawet na milimetr nie ustąpię z rozpoczętej drogi. Jestem niezależny i bardzo dobrze się z tym czuję. Ale inni nie są. O rozwoju muzyki elektronicznej nie będziemy mogli mówić, jeśli nie będzie wsparcia ze strony mediów. W tej chwili słuchacze są skazani na „dzikość” w odbiorze i są kompletnie nieprzygotowani do słuchania. Nigdy taka muzyka, jaką prezentują Tangerine Dream, Kraftwerk czy Klaus Schulze nie stałaby się tak popularna, gdyby nie została spopularyzowana przez media. To trzeba słuchaczom podawać codziennie jak obiad, a nie zastanawiać się, czy to przejdzie, co powie szef radiostacji itp. Kilku moich kolegów wyleciało ze stacji radiowych tylko dlatego, że mieli własne - niestety inne niż szefostwo- wizje audycji dotyczących tego gatunku muzycznego.
JMJ.pl - Wspomniana już płyta "Zeta Reticuli 4" była jedną z niewielu Pańskich płyt dostępną w sklepach, i to zarówno w tych muzycznych, jak i w najzwyklejszych hipermarketach. Promocja płyty i jej dostępność była bardzo przyzwoita. Późniejszy "Manipulator" już nie był tak dobrze wypromowany. Czy pomyślał Pan o współpracy z wydawcą "Zety..." przy okazji innych płyt? W.K.- Ogólnie trzeba powiedzieć, że faktycznie "Zeta Reticuli 4" była wszędzie w Polsce dostępna, ale jeszcze daleko było do promocji zawodowej. Przykładem jest choćby to, że kiedy wychodziły moje płyty, ja nigdy nie zagrałem koncertu promującego dany materiał. Jeśli zaś chodzi o firmę, która wydała tę płytę, to tak myślałem o wznowieniu współpracy po jakichś dwóch latach. Próbowałem wydać w tej firmie jeszcze coś, ale z przyczyn ode mnie niezależnych nic z tego nie wyszło. Jeśli chodzi o płytę „Manipulator”, to jej w ogóle nie było w sklepach. Próbowałem nawet za własne pieniądze wykupić tę płytę od firmy i dawać w komis w sklepach, ale powiedziano mi, że będą rozmawiać jedynie z wydawcą. Pamiętam, że wtedy sobie pomyślałem: gdzie ja jestem, czy dalej w czasach realnego socjalizmu, że nadal nic nie można zrobić? JMJ.pl - Czy podczas nagrywania swoich płyt myślał Pan o współpracy z innymi el-muzykami, polskimi lub zagranicznymi? Gdyby trafiła się taka okazja, jakiego elektronika lub innego muzyka widziałby Pan u swojego boku? W.K.- Nigdy nie myślałem o współpracy z innymi artystami przy pracy nad płytą, ale to jest możliwe, dlaczego nie. Przecież czasem gram w trio i z bębnami i jest to coś innego, ale można również zagrać w trzy osoby na syntezatorach. Ogólnie lubię jam sessions, bo to jest dobra szkoła jazdy, ale nie każdy artysta jest do tego przygotowany. Na pewno wziąłbym do współpracy takiego elektronika, który się nie boi tworzyć muzyki w czasie rzeczywistym i grać na żywo. I wtedy nieważne, czy to będzie Polak, czy Afrykańczyk. JMJ.pl - Wiemy, że współpracował Pan już m.in. z Michałem Lorencem (taki opis widnieje na płytach Lorenca), na czym ta współpraca polegała? W.K.- Ta współpraca z Michałem Lorencem polegała na tym, że Lorenc mi pokazywał scenę obrazową, a ja do niej - przy pierwszym podejściu i bez żadnych poprawek - nagrywałem w studiu na Myśliwieckiej w Warszawie muzykę. I to był mój pomysł muzyczny, a Lorenc się pod tym tylko podpisywał jako kompozytor. Przy czwartym odcinku się zorientowałem, że jestem robiony w konia, więc powiedziałem mu, że nie mam już żadnych pomysłów na muzykę i żeby on coś zaproponował. No i owszem, zaproponował - „zerżnięcie” harmonii z utworu amerykańskiego zespołu „Supertramp”. Ja przepisałem akordy, później do tego podkładu improwizację dośpiewał Staszek Sojka i dodano jakiegoś skrzypka od M. Rodowicz. I tak powstawały pseudo-kompozycje M. Lorenca. JMJ.pl - Czy jest jakaś szansa na reedycje Pana starszych płyt i wydanie na płytach CD materiałów, które dotychczas pojawiły się tylko na płytach analogowych lub kasetach np. "Hibernacja" czy "Kupcy Czasu"? W.K.- Tak, taka szansa na wydanie na CD moich płyt analogowych i nagrań niepublikowanych istnieje, ale poczekajmy co czas pokaże. Na razie sprzedaję je przez internet na płytach CD-R. .pl - Swoje koncerty daje Pan najczęściej w klubach, nie w plenerach. Woli pan kameralną atmosferę klubową czy grę na otwartej przestrzeni? Dlaczego? W.K.- Zdecydowanie wolę koncerty na otwartej przestrzeni. Dlaczego? Bo się tego nie boję i lepiej się czuję w plenerze. Im więcej jest ludzi, tym bardziej żywiołowo gram. A na razie gram w klubach, bo tam akurat jestem zapraszany.
JMJ.pl - Jakie są Pana plany koncertowe na 2008? Jest jakaś szansa usłyszeć Pana np. w Trójmieście? W.K.- Bardzo lubię Trójmiasto i grać tam też lubię. Byłem tam jakiś czas, ale krótko i przez dwa lata zagrałem tam kilka razy. Teraz nie wiem, kiedy zagram znów. Jak mnie zaproszą, to zawsze chętnie. JMJ.pl - Kiedy ukaże się nowa płyta, czy będzie ona raczej w Pana starym dobrym stylu, czy planuje Pan zaskoczyć słuchaczy jakimś muzycznym eksperymentem? Uchyli Pan rąbka tajemnicy? W.K.- Jaką płytą będzie ta najnowsza, trudno mi powiedzieć. Raczej nie zamierzam wracać do korzeni elektroniki, ale - tak jak w poprzednim pytaniu powiedziałem - możliwe, że czasami będę robił wyjątki. JMJ.pl - Jakiej muzyki słucha Pan na co dzień? Czy jakieś utwory stanowią inspirację w Pana pracy twórczej? W.K.- Na co dzień słucham przeważnie dobrego, nowoczesnego, na dzień dzisiejszy progresywnego rocka, ale robię to dość rzadko, a to dlatego, że pracuję nad brzmieniami i programowaniem nowych, niepowtarzalnych barw, a to zabiera dużo czasu, nawet jeśli instrument mam opanowany. Największą chyba inspiracją jest dla mnie oryginalna muzyka ludowa z całego świata, ale to nie jest reguła. JMJ.pl - Gdyby nie był Pan muzykiem, to kim? W.K.- Gdybym nie był muzykiem to może lotnikiem - i latałbym w obłokach lub może podróżował statkiem kosmicznym. JMJ.pl - Czy ma Pan jakiś swój niedościgniony wzór jak chodzi o muzyków elektronicznych? W.K.- Jeśli chodzi o artystów elektronicznych, to na pewno cenię takich, którzy okazują wiele emocji na koncertach i jest takich nazwisk kilka. Są to przeważnie nazwiska klawiszowców z grup grających progresywnego rocka jak np. R. Lejkmen czy Banks z Genesis itd. To są ludzie, którzy mają doskonale opanowane instrumenty, ale niestety można powiedzieć, że zatrzymali się w czasie. Wirtuozeria jeszcze o niczym nie świadczy, przy tworzeniu muzyki trzeba umieć zmieniać poglądy. JMJ.pl - Co myśli Pan o powszechnej dziś praktycznie dostępności środków umożliwiających nagrywanie muzyki nazwijmy to elektronicznej? Każdy chętny muzyk amator może sobie kupić niemal za grosze klawiaturę midi, kartę muzyczną do komputera (często z dołączanym programowym sekwencerem, do tego masa darmowych instrumentów i efektów VST w internecie) i próbować swoich sił w nagrywaniu, komponowaniu, masteringowaniu... Czy według Pana może to mieć i jaki - jeśli w ogóle - wpływ na dalszy rozwój muzyki elektronicznej? Czy Pana zdaniem takie produkcje czysto komputerowe, na wirtualnych syntezatorach i sekwencerach, można jeszcze nazywać muzyką elektroniczną? W.K.- Takie produkcje na wirtualnych syntezatorach też mają sens, ale rozpatrujemy pojęcie tylko twórcze. Uważam, że jak jest dobrze w głowie ułożone, to można też dobre rzeczy tworzyć.
JMJ.pl - Czy obserwuje Pan poczynania polskich, młodych el-muzyków? Sądzi Pan, że w dzisiejszych czasach jest im łatwiej czy trudniej wystartować? W.K.- Dziś zdecydowanie takim artystom trudniej jest wystartować. Dlaczego? A dlatego, że tu dużą rolę odgrywa pomysł na muzykę i oryginalność, ale nie zawsze idzie to w parze z dostępnym na rynku sprzętem. JMJ.pl - Jakich rad udzieliłby Pan początkującym muzykom? W.K.- Hmm...jakich rad bym udzielił - przede wszystkim najpierw praca z jakimś zespołem, gdzie muzycy uczą się dyscypliny i pracy w grupie. Po drugie, liczy się duża wyobraźnia muzyczna, ale to już trzeba mieć wrodzone. JMJ.pl - Nie samą pracą człowiek żyje. Co Pan robi, kiedy nie zajmuje się muzyką? W.K.- Kiedy nie zajmuję się muzyką, lubię studiować historię świata, ale niestety mam na to mało czasu. JMJ.pl - Czego można życzyć Władysławowi Komendarkowi? W.K.- Czego można mi życzyć… Może żebym wreszcie nie musiał wydawać własnych płyt sam. JMJ.pl - I na koniec - słowo dla Serwisu JeanMichelJarre.pl W.K.- Nie ma możliwości rozwoju muzyki elektronicznej, dopóki zdecydowanie nie poprawi się jej medialności. Dziękujemy Panu Władysławowi za czas poświęcony OFC JeanMichelJarre.pl Autorami fotografii są: Łukasz Majewski, Tomek Wątor, Piotr Sułkowski, Karol Pruski. współpraca - MusicAnonym Red. - NeeV |



