|
Do
Oberhausen dotarłam bez większych przygód. Ekipy przed koncertem
nie udało mi się dorwać. Kiedy przyszłam po czwartej, oni już
tam byli; szkoda, że zmienili zwyczaje.
Koncert rozpoczął się z
półgodzinnym opóźnieniem. Po wielu oklaskach i okrzykach Jasiek
zszedł na scenę podobnie jak w Katowicach. Nie zauważyłam przy
nim ochroniarzy, chyba
w ogóle ich nie było. Niestety, znowu
siedziałam nie tam, gdzie trzeba, ale później miałam to po
stokroć wynagrodzone. Sala była właściwie wypełniona, zostały
tylko pojedyncze wolne miejsca.
Lista utworów oczywiście ta sama.
Może tylko to, że w porównaniu z Katowicami wszystko poszło dużo
płynniej, nie zauważyłam większych wpadek. Nagłośnienie było
lepsze niż w Katowicach, w każdym bądź razie wszystkie dźwięki
były słyszalne i nie czuło się drżenia podłogi. Tym razem
dokładnie wsłuchałam się w nowy kawałek i muszę przyznać, że
zaczął mi się podobać. Może się mylę, ale nie pamiętam z
Katowic żółtych laserów, które odbijały się od małych
lusterek umieszczonych przy instrumentach i w różnych miejscach na
podłodze (niestety, nie pamiętam podczas jakiego utworu się
pojawiły).
Do RV4 publika była strasznie drętwa, Jasiek dwoił się
troił, żeby ją rozruszać, ale efekty były znikome. Wcześniej,
razem z moim sąsiadem, wstawaliśmy kilka razy, ale gdy obejrzałam
się w pewnym momencie do tyłu zobaczyłam, że tylko my stoimy.
Przynajmniej byliśmy widoczni, a Jasiek skierował w naszą stronę
kilka słodkich uśmiechów. Ale w końcu też usiedliśmy. Od RV4
atmosfera zaczęła być naprawdę imponująca, praktycznie cała
sala stała do końca koncertu. Najfajniej wyglądało to na Calypso
3. Utwór jak wiadomo w miarę wolny, więc publiczność nie
klaskała, tylko stała nieruchomo wpatrzona w scenę. Wyglądało to
jak na mszy…
Na zakończenie kilka osób podeszło do sceny (ja
oczywiście też) z nadzieją, że uda nam się podać rękę
Jaśkowi, ale ochrona nie pozwoliła. Po koncercie poszłam do hotelu
cieplej się ubrać i wróciłam do oczekującej na ekipę grupki
osób. Było może 20-30 osób. Najpierw przyszedł Dominique, potem
Francis, a na końcu Jasiek. Claude się nie pojawił. Wszyscy trzej
podpisali mi się na bilecie, żałowałam później, że nie
zabrałam plakatu, który kupiłam, ale bałam się, że w ścisku
się pogniecie. A było wręcz przeciwnie: nikt się nie pchał,
wszyscy po kolei podchodzili. Dało mi to możliwość zrobienia
całkiem udanego nagrania video z tego spotkania. Dawno chyba nie
widzieliście buźki Jaśka z takiej odległości… Czasami aż za
blisko, ale kamera zaczęła mi wariować (to już norma) i nie
mogłam zrobić oddalenia. Następny koncert za mną i jeszcze sporo
przede mną. Mam nadzieję, że wspomnienia będą równie
niesamowite.
Autor: Vega4
Dziękujemy!
|